Czyli pierwsze spotkanie z Natanem.
W Podskalanach pierwszy raz pojawiłam się jakoś na początku czerwca, rok temu. Szukałam wtedy innej stajni, bo w poprzedniej instruktorzy byli niemili, konie bez przerwy się płoszyły, prawie na każdej jeździe ktoś spadał. Kazali mi skakać, mimo to, że jeździłam wtedy naprawdę słabo. Spadłam i zaczęłam się strasznie bać. Jazda tam wogóle nie sprawiała mi przyjemności.
Mój przyjaciel powiedział mi, że znajomi jego rodziców mają jakąś stadninę i że to jest całkiem niedaleko mojego domu (jakieś 7 km) i podał mi numer. Zadzwoniłam tam i pojechałam razem z rodzicami obejżeć to miejsce.
W pierwszej stajni stało 5 koni. Wszystkie były dość duże. Łotr, Czakram, Łubin, Adrian i Lotnik. Następna stajnia była nieco większa, koni było chyba 10. Podeszłam do jednego z bardzo dużych boksów, w którym stały trzy koniki polskie. Jeden z nich podszedł do mnie, trącił mnie łbem i zaczął lizać po ręce. Był uroczy. Ale nie miałam pojęcia, że kiedyś będziemy "współpracować".
W stajni bardzo mi się podobało, zaczęłam się umawiać na jazdy, jednak na tym koniu nigdy nie jeździłam. W wakacje dowiedziałam się, że na nim prawie nikt nie jeździ, bo "jest straszny, zrzuca i staje dęba". Nie wyglądał na takiego. Nasze kolejne bliskie spotkanie - odprowadzałam go do boksu. W środku, kiedy ściągałam mu kantar, zaczął się tarzać i prawie mnie przewrócił.
Jednak czułam, że muszę na nim pojeździć. Sama nie wiem dlaczego, ale miałam taką potrzebę. Coś mnie do niego ciągnęło. Męczyłam o to instruktorów chyba 4 albo 5 miesięcy. W końcu udało mi się ubłagać pana Bartka. To było po pokazie kadrylu, a on był z nas bardzo zadowolony, więc stwierdziłam, że to dobry moment, aby znowu go o to zapytać. Następnego dnia miałam umówioną jazdę. Na Natanie. Byłam mocno zestresowana, ale wiedziałam, że chcę na nim jeździć.
Koń bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Myślałam, że pewnie ledwo na nim zakłusuję, a skończyło się na całkiem sporej ilości galopu. Co prawda pod koniec się potknął, a ja wylądowałam na szyi, ale nie spadłam :)
Pamiętam, że nieraz się zatrzymywał i za nic nie mogłam go ruszyć, a strasznie się bałam, że jak użyję palcatu, to mnie zrzuci :) Dzisiaj już nie mam takich problemów :P
Ogólnie byłam bardzo zadowolona i jeździłam na nim coraz częściej. Na początku pan Bartek był do tego bardzo sceptycznie nastawiony, a pani Kasia wogóle nie pozwalała mi na niego wsiadać, ale na początku tego roku (marzec?), wszyscy się już przekonali do mojej jazdy na nim. Nie wiem kiedy ostatnio jeździłam na innym koniu :)
Przed wakacjami byłam na nim kilka razy w terenie. Za pierwszym razem nawet nie galopowaliśmy, bo strasznie się szarpał, ale potem było już lepiej. No, tylko pierwszego dnia wakacji kilka razy postanowił mi zrobić rodeo... ;) Ale wtedy p Bartek powiedział, że już nie będę na nim jeździć w teren :/
Podczas wakacji jeździłam na nim codziennie przez miesiąc. Ćwiczyliśmy dużo naturala, ale szczerze mówiąc, to szło nam to kiepsko. Jednak kiedy w końcu udało mi się na nim zagalopować na kantarze, to trochę zmieniłam swoje nastawienie. Teraz ćwiczymy natural dwa razy w tygodniu i jestem bardzo zadowolona z efektów.
We wrześniu były eliminacje do hubertusa. Nie mogłam na nim jechać "ze względów bezpieczeństwa". Jednak w końcu jakoś wybłagałam o to biednego pana Bartka :P
W zawodach zdobyliśmy brązowy medal i zakwalifikowaliśmy się do gonitwy! Strasznie się wtedy cieszyłam!
A w październiku? Pojechałam na nim w teren! I był bardzo grzeczny, galopował bez problemu. To było cudowne <3 Kocham tereny na nim, jak się tak zachowuje :)
No a tydzień później - hubertus. I uwaga, uwaga... wygraliśmy!
Kocham tego konia, jesteśmy z sobą naprawdę zżyci. On teraz też coraz bardziej się do mnie zbliża. Galopował do mnie ostatnio na pastwisku :D Jest cudownym koniem, mimo tego co dużo osób o nim mówi. Ja wiem, że on jest wyjątkowy.
Tutaj film, z całego roku jazdy na nim:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz